Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


bo podłość jest Proteuszem o stu postaciach, a miłość, metafizycznie i materjalnie uważana, niczem innem, jak wielką tajemnicą zjednoczenia duszy i ciała.
— Co za śliczny ranek! odezwał się Gustaw.
— Bardzo piękny! odpowiedziała Marja. Patrzyli po niebie i milczeli. Trudno było przyjść do rozmowy, zdawało się, że ich coś dzieliło od siebie.
— Ileż to pamiątek w tem miejscu zapomnianych spoczywa, odezwał się znowu Gustaw. — Marja zarumieniła się.
— Tak! pamiątek dziecinnych!
— Teraz postarzeliśmy oboje, rzekł Gustaw szydersko, — już nas one zająć nie mogą. Ale ja, chociaż już wiele czasu upłynęło, dla dawnych pamiątek i dawnych przyjaciół, jam się nie zestarzał.
— I ja nie, — odpowiedziała Marja po cichu.
— Wybacz, — lecz czy szczerze to mówisz? przed kilku tygodniami nic nie pamiętałaś?
— Kazano mi zapomnieć.
— Kazano? zawołał Gustaw, — któż to jest tak wielowładnym panem serca, żeby kazał zapomnieć, a serce go usłuchało — i serce kobiety!
— Sercu nigdy, — odpowiedziała Marja — ustom!
Skrzywił się poeta, ręce założył, głowę spuścił.