Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/153

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


XXV.
Pod bzami.

Patrzaj jako śnieg po górach się bieli,
Wiatry z północy wstają,
Jeziora się ścinają,
Żórawie czując zimę precz lecieli,
Nam nie lża jedno patrzeć też swe rzeczy,
Niechaj drzew do komina,
Na stół przyniosą wina,
Ostatek niechaj Bóg ma w swej pieczy.
Przypadków dalszych żaden z nas nie zgadnie.
I próżno myśleć o tem,
Co z nami będzie potem:
W godzinie wszystko Bóg wywróci snadnie.
Krótki wiek długiej nadziei nie lubi,
Niechaj nie schodzi cało,
Coć się rąk dostało,
Za to co ma być żaden ci nie ślubi.
Jeleniom nowe rogi wyrastają,
Nam gdy raz młodość minie,
I na wieki wieków ginie,
A zawżdy gorsze lata przypadają.
Kochanowski, Ks. I. XIV.

Nazajutrz rano, bardzo rano, Marja i Gustaw byli koło ławki przy kasztanie, koło bzów przekwitłych teraz jak ich serca. Znaleźli się tam, nie oznajmując sobie, że się znajdą — bo między osobami, które myślą o sobie, kochały się lub kochają, jest jakby jedna dusza, co niemi rządzi, wiedzą swoje myśli, jedne mają żądania, i charaktery ich nawet w czasie tej gorączki miłosnej zbliżają się jeden do drugiego. Tę ofiarę swojej indywidualności podłość tylko i miłość uczynić potrafią. — I nic dziwnego,