Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/39

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— I dajże pokój! — nie płacz, a słuchaj lepiej, Ludwisiu. — Ja cię bardzo — kocham.
— Wolałabym nie znać i nie wiedzieć o tem kochaniu.
— Ja będę mieszkał niezadługo osobno — papa da mi majątek — ja cię wezmę.
— Idźże pan sobie do licha! — krzyknęła dziewczyna — ja pańskiego kochania i pańskich łask i niczego nie potrzebuję, szukaj pan sobie kogo innego! Idź pan sobie do licha, idźże pan sobie!
Franciszek zaczął świstać, rozśmiał się i poszedł.
— Kiedy tak, to bądź mi zdrowa! — rzekł we drzwiach trochę zły.
— Idź na złamanie szyi! — dodała ocierając z łez oczy Ludwika, i zrobiwszy zawiniątko usiadła w kącie płakać jeszcze.
Na schodach zastukały buty — ale ona nie słyszała, drzwi się otworzyły — nie widziała, wszedł pan Werner — nie postrzegła, bo ciągle płakała gorżko biedna dziewczyna.
Z uśmiechem gniewnym na sinych ustach, trzęsąc głową i peruką, plując koło siebie, stary odezwał się do niej:
— A co? już zawiniątko gotowe?
Ona jakby się obudziła, wstała i płacząc oparła się o stół.
— Oto reszta pensji, — rzekł rzucając na stół trzy ruble, — płacę do grosza!