Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/89

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Moja noga!
— Moja ręka!
— Moje palce!
— Moje żebra!
— Jego głowa!
— Moje serce! gdzie jest moje serce, takie piękne i młode — coś z niem zrobił? zamarynowałeś je w spirytusie, zjadłeś może?
— Moje dziecię! — coś zrobił z mojem małem dziecięciem? — zawołał inny szkielet; postawiłeś je w słoju na szafie i myszy je zjadły. — Oddaj mi teraz synka!
— Gdzie podziałeś łotrze, mózg mojej żony? — zawrzeszczał drugi; ha! ha! namoczyłeś go, wygotowałeś, rozdarłeś, rozwinąłeś, popsułeś — a kto teraz będzie gadał za nas dwoje na ostatecznym sądzie? Wszak ona podjęła się mnie i siebie bronić? Ach! nieszczęśliwy! co ja poradzę bez mózgu mojej żony!
I tak krzyczeli wszyscy, a ja drżałem, nie mogąc uciekać; potem rosnące coraz wrzaski nagle ustały. Jeden wystąpił naprzód, wysoki, tak wysoki, że głową był w obłoku, a po kolana w ziemi — brakowało mu ręki.
— Cicho! — zawołał — czy my go jeszcze będziem prosić, żeby nam oddał co się należy? — każdy niechaj bierze swoje!
Ledwie to wymówił, każdy rzucił się do mnie; olbrzym oderwał rękę, drugi zęby, trzeci