Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/203

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


który się tyłem do niego i jego poezji obracał, teraz podał mu krzesło, katalogi, uśmiechał się, kręcił poczuwszy pieniądze, jak pudel kiedy widzi kawał chleba w ręku człowieka. Gdyby takie stworzenie nie godne było litości, warte by było śmiechu. — Rzuciwszy swoje poezje, o których druk się ugodził, Gustaw siadł w księgarni wybierać książki, które miał z sobą powieźć do domu, cały stos ich ułożono przed nim, a ryży typografo-bibliopola zacierał ręce, licząc ile mu to da zysku; oblizywał się, szachrował, zachwalając każde dzieło, opowiadając anegdotki, zdarzenia, bibliograficzne wiadomostki o dziełach, z całą uprzejmością, jaką zwykle ci ludzie dają w dodatku do towaru, jeśli go kto dużo bierze. Dziwna rzecz, że i żydzi mogli się tego nauczyć!
Gdy tak zatrudniony siedzi Gustaw, weszły dwie kobiety. — Księgarz nim siedzieć poprosił, spojrzał czem przyjechały: — karetą! — Porwał się zaraz, wyrzucił z za komtuaru krzesła, zaczął się kłaniać i prawić komplementa, grzeczności, wszystkiemi językami tego świata.
Kobiety spojrzały na Gustawa, Gustaw na nie.
Dwie ich było, jedna średniego wieku dość otyła, nie piękna, z twarzą pospolitą i nie charakterystyczną, druga młoda, blada, wysmukła, bardzo wdzięczna blondynka, której tylko pięknych zębów brakło, żeby się zupełnie piękną