Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/32

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Już teraz nie ucieczesz mi, Ludwisiu, bo cię trzymam, trzymam z całej siły.
Ludwisia była to służąca.
— Puśćże mnie, puść, — odezwała się dziewczyna, słyszę głos pański, — ktoś idzie — dalibóg! proszę pana, nie swawol pan, panie Franciszku, ja pani powiem, będę krzyczała, doprawdy będę krzyczała.
— Moja Ludwisiu! — tylko cię raz pocałuję, cóż ci to szkodzi?
I słychać było wyraźne pocałowanie nie raz, ale dziesięć razy powtórzone, i Ludwisia umilkła.
— Aj! — krzyknął Franciszek.
— Cóż to jest? — zapytała Ludwika.
— Ukłułem się tą szpilką przeklętą! Zawsze bo musisz nosić szpilki na piersiach, nie można się dotknąć ciebie, żeby się nie pokaleczyć.
Ludwika śmiała się do rozpuku, ale nie uciekała, choć Franciszek już jej nie trzymał, tylko ze smutną miną stał i krew z palca wysysał.
— Czy jeszcze pana boli? — zapytała śmiejąc się. — Otóż to Pan Bóg skarał, nie trzeba takich rzeczy robić!
— Jeszcze sobie ze mnie żartujesz? — o! tego to nie daruję — zawołał Franciszek i porwał się do niej. Ludwika krzyknęła, ale bardzo po cichu i znowu były pocałunki i ściskania, a Gustaw zdumiony tą osobliwszą miłością, której zrozumieć nie mógł, miłością, którą widział, tak zimną,