Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/31

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wejrzenie jej pełne ognia zlało się, żegnając z jego wilgotnym wzrokiem, powiedział sobie:
— Tak być musi w niebie!
A Marynia odchodząc i ściskając go za rękę, powiedziała mu jeszcze:
— Nie bądźże smutny! proszę cię!
Potem pobiegła ulicą, narwała jeszcze więcej kwiatków, i w oddaleniu znowu głos jej słychać było:

O mój aniele pójdziem połączeni,
Przez świat ten zimny, przez życie bez celu,
Przez burze lata i wichry jesieni,
Razem, mej duszy luby przyjacielu!

— A, panna Marjanna, — odezwał się w oddaleniu pan Werner, którego głos spadał na serce Gustawa jak czarna plama atramentu na suknię balową; — panna Marjanna zostawiła krosienka pod oknem sali, porozrzucane wszystko, nieporządek taki, nastrzyżono, naśmiecono, nawalano.
Gustaw, który tych słów z innego świata nie rozumiał, na sam dźwięk grzechotliwy głosu przerywanego kaszlem, uciekł daleko.
A słońce zachodziło, kąpiąc się w różanem morzu, i słowik śpiewał, a wiatr chłodny wiał myśli wieczorne, sen słodki i dumania niosąc z sobą. — Gustaw stanął zamyślony. — Szelest go jakiś obudził. — Stanął, słuchał, i słyszał głos Franciszka czysty i wesoły.