Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/30

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


przytulił twarz do jej twarzy, i w gorącym uścisku zamknął oczy i zawołał:
— Chciałbym tak umierać!
— A jabym tak żyć chciała — odpowiedziała Marynia.
I usta ich dziecięce złączyły się pocałunkiem, który jak iskra galwaniczna rozlał strumień ognia po wszystkich nerwach, uderzył w głowę i głowę zapalił, uderzył w piersi i piersi płonęły i serce gorzało. — A wówczas słońce, wieczór, świat, smutki, wszystko znikło. — I nie było bzów kwitnących i śpiewającego słowika, — i nic, tylko dwoje ust i niebo nad niemi, — bo całe ich życie do ust się zbiegło!
Była to chwila apoteozy, z której śmieją się starzy, w którą później niby nie wierzą kobiety, z której młodzi między sobą żartują, która musi być tylko jedna w życiu, bez świadka, początku i końca, — jak kwiatek wieczności wmięszany do życia; która jest brylantem całej młodości człowieka, a po niej serce nie umie zrobić życzenia, bo odnowić ją niepodobna. — Potem jeszcze czasem ją wskrzesi przypomnienie, przyniesie sen z młodości światów, ale nikt już nie położy na usta splamione tego pierwszego pocałunku, w którym człowiek zrywa pierwiastek rozkoszy ziemi i przeczuwa niebo.
I Gustaw też, kiedy jeszcze oboje drżeli, kiedy Marynia bukiet z ziemi podniosła, kiedy