Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Żartujesz sobie ze mnie? to nie ładnie, panie Gustawie, to wcale nie ładnie! Ja się będę gniewać. — Ja każę.
A potem dodała jeszcze, patrząc na bukiet:
— Ja proszę, pięknie proszę, — bardzo proszę! — Bo przyznam ci się, że tego zupełnie nie rozumiem, dla mnie to tak wszystko wesoło. — Słońce świeci, kwiatki kwitną i pachną, latają motyle, słowik śpiewa, świat taki śliczny, taki zabawny, taki dobry, tyle szczęścia przedemną. A ty, — powiedzże, czego się smucisz?
— Bo kocham ciebie!
— A! to śliczna przyczyna, — prawdziwie warta gniewu; kiedy ja ci mówię, że cię kocham, kiedy sobie roję przyszłość wesołą, — to ty zapewne widzisz w mojej miłości same smutki, — więc bądź zdrów!
I niby rozgniewana chciała odchodzić. Gustaw ją za rękę zatrzymał, i z pałającą twarzą, bijącem sercem pociągnął ku sobie.
— Maryniu moja! aniele drogi! — gdyby też nie ty, zdaje mi się, że moje życie byłoby tak smutne, ach tak smutne! że od niego serce by pęknąć musiało.
Marynia zaczerwieniła się, usta i oczy jej zadrżały, zbliżyła się do niego, ale tę wesołość i trzpiotowatość twarzy, oczu i mowy zbliżenie do niego zabiło, — spojrzała, nachyliła się, westchnęła i zamilkła. Gustaw objął ją rękoma,