Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/239

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


chno — nie bądź dziwakiem, miałeś całe dwa dni wolne, czyż i chwili nie chcesz dać ludziom, samolubie?
— Dałem im już za wiele — odpowiedział — tymczasem zostaw mnie tutaj... nadejdę.
— O! już ja się na ciebie spuścić nie mogę! Zaczytasz się, zadumasz, a potem gotów jesteś wyjść w szlafroku do kobiet, jak ostatnim razem. Chodź lepiej razem. Cóż tam parę godzin, czyż się nie naczytasz jeszcze, mój Gustawku, mój Guciu, trzebaż cię w ręce całować? — Gustaw milcząc zamknął książkę, włożył ją do kieszeni, i jak bydlę, które prowadzą na sznurku, poszedł za Łucją.
W ganku już ich goście czekali. Jeden bardzo znajomy, Pan Perełka, ów to literat dowcipny, który wszystkim powinszowania pisał, bogaty sąsiad Faska i ktoś jeszcze nieznajomy. Ten nieznajomy zwrócił najmocniej uwagę Łucji. Był to młody mężczyzna, bardzo modnie, świeżo i smakownie ubrany, dosyć wesołej twarzy i ust, które milcząc nawet szydersko uśmiechać się zdawały.
— Mam honor — odezwał się pan Faska, plując i kaszląc wedle zwyczaju, i ceremonjalnie dwakroć się kłaniając — mam honor przedstawić i prezentować JMC Państwu mojego syna, świeżo z zagranicy przybyłego. Chciał on poznać swoje sąsiedztwo i nie mógł lepiej zacząć, jak od szano-