Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/240

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wnego domu JMC Państwa Dobrodziejów. — Gustaw się ukłonił, Łucja uśmiechnęła zmrużając oczki; pan Alfred wybąknął kilka słów niezrozumiałych, które wszyscy wzięli za komplement pod prasą, a pan Perełka biorąc Gustawa za rękę, szepnął mu pompatycznie w ucho:
— Młodzieniec uczony! — Mówił to, jakby chciał straszyć Gustawa, który się uśmiechał.
Wszyscy usiedli w salonie z kapeluszami w ręku, a pan Faska zwracając się do gospodyni domu, zaczął rozmowę od sakramentalnych słów:
— Co za śliczny wieczór!
— Bardzo piękny — odpowiedziała Łucja z niedostrzeżonym uśmiechem spoglądając na Alfreda, który spuścił głowę i uśmiechnął się także.
— Właśnie chodziliśmy z moim mężem na przechadzkę do ogrodu. W naszym kraju trzeba chwytać takie chwile, bo większą część roku wzdychamy tylko za niemi.
— Prawda — przerwał Alfred — ale i nasza zima ma swoje wdzięki. Ja, com tak długo za granicą bawił, bardzo żałowałem w dżdżystej zimie włoskiej naszych kulików i szlichtady.
— Pan byłeś we Włoszech? — zapytał Gustaw, zbliżając się do niego. — Kraj cudowny! kraj zachwycający!
— Niezmiernie gorący i strasznie ubogi —