Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/46

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zrywa; ich pocałowanie było zimne jak rosa poranna i czyste jak rosa niebieska.
— Przyniosłam ci pożegnanie i pamiątki — odezwała się Marynia — najprzód ten pierścionek, — nie kładź go jednak póki tu jesteś.
— Zawieszę go na piersiach — odpowiedział Gustaw.
— Powiem, żem go zgubiła — dodała pocichu Marynia.
Było to pierwsze jej kłamstwo w życiu.
— Weź jeszcze i tę wstążkę różową, Gustawie; włosów ci nie daję, bo mówią, słyszałam, że to nie dobrze, że to bardzo zły znak.
— A ja cóż ci dam — zawołał Gustaw — ja nic nie mam, ani nawet pierścionka, którymbym się mógł z tobą przed Bogiem zaręczyć.
Potem jakby sobie co przypomniał, zerwał z ręki obrączkę ślubną i dał jej.
— Jest to obrączka mojej matki, jedyny skarb, ale dla ciebie, Maryniu...
— Będę ją nosiła, nigdy jej nie zgubię, będę w wieczór i zrana modliła się za ciebie i płakała patrząc na nią. — Patrz, słońce wschodzi, — wysłucha naszej przysięgi.
Uścisnęli się i patrząc na słońce różowe jeszcze, słuchając słowika, w trzecim pocałunku swojego życia — przysięgli. — — Dzieci!