Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/45

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jej oknie; tyś uwiądł w naszym uścisku! — I to są przyjaciele i krewni sieroty; najbliżsi krewni, bo ci których ma na ziemi, kochają go jeśli bogaty, dla pieniędzy, jeśli ubogi, dla oczu świata; trzymają go póki im jest potrzebny, i odpychają, gdy im usłużyć nie może. Szczęśliwy, kto odepchniony pamiętał o pierwszych przyjaciołach swoich — o Bogu i o kwiatkach.
Po modlitwie zszedł Gustaw do ogrodu, — jeszcze wszystko było wilgotne, jak jego oczy, serce, jak myśli jego, nad wodami buchała para, na niebie chodziły chmury białe i słowik sam jeden, słowik poeta, śpiewał kochance swojej pieśń tak czułą, a tak dla nas niezrozumiałą. I cicho było, jakby wszystko umilkło przed pożegnaniem, — cicho, — wszystko, prócz śpiewaka.
Poszedł Gustaw i usiadł na ławce pod kasztanem, tam gdzie wczora; usiadł smutny i wspomniawszy, że może długo, może nigdy już tu siedzieć nie będzie, zakrył oczy i spuścił głowę.
— Dzień dobry — odezwała się Marynia.
— Ach! dzień dobry i bądź zdrowa! — rzekł Gustaw, porywając się — żegnamy się dzisiaj! Wczoraj czyżeśmy się tego spodziewali?
Umilkli i zbliżyli się do siebie, ręce ich zeszły się jak wczora i usta jak wczora a dusze już słabiej. — Smutek je rozdzierał i chłodny ranek z wschodzącem słońcem przyniósł ten wstyd niepojęty, który wieczór ściera, a noc