Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/188

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Bądź zdrowa Marjo! — I zbliżyli się do siebie, spojrzeli. A w oczach biednej dziewczyny świeciły dwie łzy i drugie dwie toczyły się po bladej twarzy. Oboje byli poruszeni, wszystko dawne przypomniało się. Gustaw schylił się ku niej, porwał ją, uścisnął ze łzami i nowy pocałunek złączył ich — na wieki.
Obudzeni z tego odurzenia, jakiem ich uścisk obwinął, spojrzeli i zawstydzili się.
— Marjo — rzekł Gustaw — jesteś moją, do nikogo już należeć nie możesz. Dwa razy związał nas święty ślub serca w oczach nieba, — od dzieciństwa byliśmy dla siebie przeznaczeni sercami. — Nie oddam cię nikomu!
— Jestem twoją — odpowiedziała Marja, schylając głowę na jego ramię. — Tak, — na zawsze. Chodź, uciekajmy stąd! Bo jutro — włożą mi suknię ślubną i każą mi iść do ołtarza! Chodź, uciekajmy!
— Dobrze! — rzekł Gustaw bez namysłu. — Idź, przygotuj się, za dwie godziny konie moje będą za ogrodem. Znajdziesz mnie tutaj.
I rozbiegli się prędko. Gustaw wszedł do pokojów. Tu wszystko czuć było jutrzejszem weselem, kosztowne materje, stroje, bukiety, suknie porozrzucane były wszędzie. Przygotowywano świece w żyrandolach, woskowano posadzki, znoszono kwiaty. Pani Werner prezydowała w kuchni, wszystko się ruszało i gotowało na wielki dzień jutrzejszy.