Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ale skądże znów masz majątek? zapytał Werner, jeśli sukcesja jaka, to i mojej żonie przypada połowa... A możeś się?...
— Nie, nie jest to ani spadku, ani ożenienia skutkiem, odpowiedział Gustaw powoli, patrząc na Marję, która wielkiemi oczyma patrzyła także na niego. — Sądziłem, że to być musi od dawna wujowi i cioci wiadomo.
— Cóż? ale cóż takiego? — zawołali pan Werner z podziwieniem, pani Werner z radością.
— Niema nic ciekawego, to później opowiem, — rzekł Gustaw niedbale, — wszak Wuj pozwoli mi przenocować?
Pan Werner już dzwonił z całej siły.
— A jakże, jakże, kochany Guciu, konie do stajni!
I wszyscy poruszyli się, szepcąc do siebie, ruszając ramionami, nie pojmując nic jeszcze; Gustaw zimny, obojętny, chodził po salonie i nie patrzał nawet na Marję, która zaczynała już być obrażoną jego obojętnością, wprzódy tak usilnie pożądaną.
— I jakże to było? i co to było? — rzekł p. Werner natychmiast wracając. — Powiedzże nam to, Guciu, jesteśmy ciekawi, cieszym się twojem szczęściem, mocno się cieszym!
— Było to tak, — odpowiedział nareszcie Gustaw głośno i powoli: — Wyratowałem na ulicy od roztratowania końmi ubogą staruszkę,