Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Druga kobieta ospowata, czarna, wysoka, skoczyła za nią z pojazdu; poprawiając loki, przywitała się ze wszystkimi prędko, pochwyciła woreczek i torebkę z kocza i zaczęła gadać tak, jak młyn miele w czasie burzy, gadać bez oddechu, bez przestanku, oglądając się tylko, czy słuchają, plując w koło na ziemię, na niebo, na ludzi, zażywając tabakę i częstując nią wszystkich. Marynia nie poznała Gustawa, ukłoniła mu się zimno, i dumnie odwróciła się do matki i zapytała:
— Kto to taki?
— To Gustaw!
— Nie poznałam — odpowiedziała rumieniąc się trochę; a Gustawowi biednemu już się serce ścisnęło. Widział, że był zapomniany; widział to po stroju, po spojrzeniu przeczuł.
— A jak się ma pan Gustaw? — odezwała się Marynia głosem słodkim i lodowatym — tak dawnośmy się nie widzieli!
— Dawno! jak gdyby nigdy! — odpowiedział Gustaw smutnie. — Marynia poszła się ubierać, za nią pani Ostrowska i Franciszek. Gustaw smutny i przybity zimnem jej przyjęciem, został z rodzicami na ganku. Po chwili wziął kapelusz i czując łzy w oczach, poszedł do ogrodu, pod te same bzy dawniejsze!
A w pokoju Maryni, gdzie przed zwierciadłem ziewając po całonocnym tańcu poprawiała