Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


loki, żywa była rozmowa. Franciszek siedział w krześle. Pani Ostrowska chodziła po pokoju z tabaczką.
— Nie poznałaś Gustawa — mówił do Marji brat ze śmiechem — a wszak to pierwszy kochanek?
— Dajże mi z nim pokój — odezwała się z gniewem siostra — u ciebie każdy moim kochankiem.
— Cóż to ten pan Franciszek nie wymyśla — dodała pani Ostrowska — aby tylko gadać, któż zaś widział, wszakże to podobno cioteczny brat i ubogi?
— Jak turecki święty — odpowiedział Franciszek.
— Smutną też ma minę.
— A tobie jak się zdaje Maryniu? — zapytał śmiejąc się znowu.
— Nie uważałam — zawołała prędko — widzę, że mi już nim myślisz dokuczać, proszę z góry dać temu pokój! Bo mamie powiem.
— A cóż mi mama zrobi? — prawda, Ostrosiu?
— Co mówiłeś?
— Prawda, że koń siwy zawsze jest starszy od gniadego — powtórzył niby drwiąc Franciszek.
— Co?
— Pytałem się, czyście się dobrze na imieninach bawiły?