Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/226

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Bardzo wierzę — odpowiedział Gustaw — jest w nim wdzięk niewieści. Ale poezje jego blade, koloryt ich monotonny, bez energji, mogą się podobać póty tylko, póki ich jest nie wiele, potem nudzą. Czuć w nich jakieś osłabienie, niema ognia... niema.
— Lecz przeczyć, że jest poetą... niepodobna — zawołała Łucja. — Każdy ma swój osobny charakter, styl, rodzaj, tok i dążność myśli. Religijno poetyczne dumania Lamartina, mimo ich słabości, jak mówisz, są bardzo piękne.
— Dla ciebie — dodał Gustaw. — Nigdy nie pozwolę na to, aby strumień chłodnych łez, wypływający nie wiedzieć skąd, i płynący nie wiedzieć dokąd, nazywać poezją.
— Ależ nie wszyscy mają ten smolny ogień Bajronowski, którego po nich wymagasz. Nareszcie są ludzie, co innej potrzebują poezji, nie twojej ognistej... Ci mają swoich, jak ty swoich poetów.
— Powiedz płaksów, — rzekł Gustaw. —
— Juścić odmówić im nazwiska poety, bez krzyczącej niesprawiedliwości nie można.
— Zapewne; lecz poeta, którego myśli i wyobrażenia kręcą się zawsze w jednej ciasnej, choć wyższej sferze, którego płody mają zawsze jednę formę, nie jest prawdziwie i zupełnie poetą. Jego dzieła mają i powinne mieć rodzinną cechę pochodzenia, podobieństwo braterskie, ale