Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/259

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Cóż ci to jest?
— Nic — odpowiedział, prowadząc ręką po czole zlanem zimnym potem. Milczeli.
— Gdybym ja był twoją żoną a ty moim mężem, Łucjo — Łucja wlepiła w niego oczy — i gdyby do ciebie przyjechał ktoś w imieniu sąsiedztwa, moralności i t. d. prosić cię, abyś uważała na prowadzenie twojej żony, na wizyty nocne jakiegoś młokosa... cobyś na to powiedziała? — Łucja osłupiała.
— To potwarz!
— Tak się spodziewam... i chciałbym temu wierzyć, a jednak całe sąsiedztwo cię potępiło... oto przyczyna, dla której nikt już u nas nie bywa. Alfred podły lub głupi, skompromitował mnie i ciebie. Powiedz mi, po co on tu przyjeżdżał wieczorami, na coś go bezemnie przyjmowała?
— Nudząc się całe życie sama jedna, wszak przynajmniej z ludźmi gadać mogę, myśłałżeś mnie zamknąć w klasztorze?
Gustaw oparł głowę na ręku.
— Rozumiem — rzekł po chwili łagodnie i zimno — rozumiem... — odwrócił się od niej, wziął jakąś książką z ziemi, poprawił drewka na kominku, siadł i udawał, że czyta. Łucja wyszła, widząc jego milczenie; niespokojna, zgryziona, pierwszy raz dopiero postrzegłszy,