Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/92

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


podłogę tylko co wymytą, na oknach kwiaty pożółkłe w doniczkach, wszystko prozaiczne i zimne. Nigdzie włosienie i dyscypliny, nigdzie smutku na czole, wszędzie rumieńce żywe, otyłość prawie obrzydliwa, wesołość okropna, nie ta cicha wesołość niebieska, spokojnie patrząca z naszego świata na drugi, lecz śmiech ziemski przerywany czkawką i kichaniem.
Tylko w chwili nabożeństwa horyzont klasztorny, jak za wejściem słońca upromienił się i chwycił ku niebu duszę Gustawa. Kiedy zagrzmiały organy, kiedy nad rozciągnionym całunem Dies irae długim jękiem się ozwało, wśród kłębów kadzideł przy blado świecących gromnicach, w zmroku kościelnym jak gwiazdy na niebie zawieszonych: wówczas znalazła się w obrazie tego życia, cudna śmiertelnego łoża poezja i wszystkie te rumiane twarze pobladły oświecone promieniem zapału. Lecz ledwie ostatnie amen pieśni rozbiło się po sklepieniach i upadło na posadzkę, ustał czarnoksięski urok, a rzeczywistość ze śmiechem, kaszlem, czkawką, brzuchata i śmierdząca, brudna, głodna i chciwa żeru, wróciła niestety! a Gustaw, uciekł od niej.
Biedny Gustaw w tej pierwszej próbie zaledwie jedną stronę życia mniszego widział, i tę nie całą. Gdyby on był udał się na pustynie Kartuzów i Kamedułów, ostre życie tych zakonów byłoby niechybnie na poetyczną jego duszę wy-