Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/209

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


przepędziłem ten czas, który przeszedł od pamiętnej chwili naszego poznania. Myślałem o szczęściu człowieka, któryby znalazł drugą duszę swojej podobną, mogącą go zrozumieć. Ten, któremu los nie dał trudnych do uskutecznienia nadziei, którego myśli cały świat rozumie, łatwo znajdzie drugą duszę swojej podobną, bo ich jest miljony.
— Ale to dziwna, — przerwała Łucja, — że pan o tem mówisz, jak gdybyś nie był żonaty.
— Mówię o tem i czuję to, jak gdybym nim nie był — odpowiedział Gustaw.
Łucja chcąc prawdę wybadać, spojrzała mu w oczy, — toż samo i oczy mówiły.
— Więc to jest niepojęta zagadka, — odezwała się po chwili. — Sądziłam, że ta, którąś pan tak gwałtownym, namiętnym otrzymał sposobem, musiała go zrozumieć, musiała być drugą jego duszą?
Gustaw milcząc potrząsnął głową. Łucja wstała z krzesła i uśmiechnęła się, — pomyślawszy: — Ona go nie rozumie, a ja go rozumiem! — I Gustaw wstał także, bo się już wytłumaczył, wielki ciężar z serca zrzucił. Oboje spokojniejsi się rozeszli; lecz matka zaturbowana i przelękniona jak wprzódy, nie spuszczała oka z córki, i z bijącem sercem uważała każde jej poruszenie, drżąc na widok tego zwodziciela, o którym myśleć nie mogła bez pobożnego