Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


złośliwy, lecz wcale nie dowcipny człowiek, gdyż jego sławne ucinki zawsze były wyuczone, wysmażone, gorzkie, a niesmaczne. Umiał on po francusku tyle, ile to zwykle uczeńsi organiści umiewają po łacinie lub wiejski pleban; po niemiecku trochę mniej od żyda; po polsku tyle, ile słudzy miejscy. Strzelał tak, że nigdy, jak żyje nie trafił; pił za trzech, jadł za czterech, gadał za dziesięciu, a więcej jeszcze śpiewał. Proszony czy nie, gdzie był, choćby przy łóżku umierającego, musiał się dobrać do jakiej gitary, otworzyć sobie fortepian i bijąc akorda, których połowy nieposłuszne palce wydać nie chciały, beczał swoje piosnki czasem wesołe, częściej przez nos śpiewane, czułe, o Filidzie, Damonie, Kloryndzie, Irydzie, Ewelinie, Koryllu i tym podobnych bohaterach, które wszystkie ekonomówny za arcydzieło sztuki najświeższe uważały i wzdychały nad niemi mocno. U ekonomówien też i drobniejszej szlachty sława jego dowcipu, rozumu, nauki, maniery i znajomości świata, świeciła jak gwiazda.
Takie to było towarzystwo myśliwców, w którem Gustaw piekielne pół dnia nudzić się musiał; gdyż po południu dopiero powrócił do domu zmęczony, chory, a co najgorzej udręczony konceptami bez sensu, dowcipowaniem bez dowcipu towarzyszów swoich, którzy wiedząc o jego położeniu na świecie i ubóstwie, mieli sobie