Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dawano, śmiał się; ale bojąc się pojedynku jak piekła i przypomniawszy go sobie, starał się wszelkiemi sposobami o zgodę. Zwykle więc korzystano z tego, i jedna i taż sama scena z maleńkiemi warjacjami powtarzała się bardzo często z nim, jak tylko kilka osób się zebrało na tak zwane wesołe myśliwskie towarzystwo, którego jednak pan Wincenty nigdy nie opuszczał, choć bardzo dobrze wiedział, co go tam czekało. Czuł on swoje przeznaczenie i miał przytem inne powody, gdyż pożyczał wszystkim pieniędzy na zastawy, i niby nie nastręczając się, mógł tym sposobem podać komuś myśl szczęśliwą pożyczenia u niego kilkudziesiąt dukatów. Skąpiec w najwyższym stopniu, podły, ale nieszkodliwy, bo nieśmiały, bojaźliwy, niespokojny i dosyć głupi, to jest troszeczkę rozumniejszy od pana Bonifacego.
IV. i V. Bracia Marmurki, dwa pieszczoszki w zielonych merynosowych watowanych kamizelkach, w surdutach jednakowych, jednakowych czapkach i butach jednostajnie podartych, z jednakowemi paciorkowemi cybuchami i piórkami do zębów, z jednakowemi fuzjami, jednakowemi głowami, dwa młodziutkie zera, zostające jeszcze pod opieką matczyną, mającą dożywocie na ich majątku. Przyjaciele nierozerwani.
VI. Pan Tryk, mający reputację dowcipu na cztery mile w około; w istocie niezmiernie