Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


za rzecz arcychwalebną żartować z niego, ile razy zręczność się podała, i pytać się go po sto razy dla dokuczenia: ile bierze pensji za guwernerkę? Czy siada do stołu i t. p.
Znudzony tem Gustaw, na ostatek odpowiedział im dość grubo:
— Wszyscy panowie, jak widzę, potrzebujecie guwernera, ale za żadne pieniądze świata nie podjąłbym się was uczyć. — Pół śmiechem, pół kwasem pokryto tę odpowiedź, ale wszyscy z niego bardzo byli niekontenci: i pan Tryk, którego dowcipu nie chwalił jak wszyscy, a francuzczyzny na nieszczęście kilka razy nie zrozumiał; i bracia Marmurki, którym mamunia zakazała wdawać się z hołotą; i pan Bonifacy, którego opowiadania o łosiu nie dosłuchał; i pan Wincenty, którego niechcący rozjątrzył Gustaw, coś dwuznacznego o pieniądzach powiedziawszy; i pan Trepsza, którego charcicę zepchnął z kolan, właśnie gdy się na nich umieściwszy, wygodnie do snu długiego zabierała. Franciszek wracał do domu triumfujący; zabił lisa, którego powiesił na drzewie, bo skóra na nic się nie zdała i uszczuł dwa zające, które psy zjadły, a przytem naśmiał się do rozpuku.
— Zastaniem Marysię, Gustawie! — rzekł zbliżając się do bramy z szyderskim uśmiechem. Serce Gustawa mocno bić zaczęło, ale Maryni jeszcze nie zastali.