Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/180

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Dowcip to mi wszyscy przyznają, dowcip w rodzaju Krasickiego, szkoda, że zapomniałem w tamtym fraku moich bajek, — tak bo też jestem roztargniony!! Mógłbym je recytować na pamięć, ale częste roztargnienia!
Trzeba wiedzieć, że pan Perełka, dla utrzymania reputacji poety, zawsze udawał i wyprowadzał na jaw swoje mniemane roztargnienie, nosił się brudno, umywał się tylko kiedy się smołą powalał, zawsze wychodząc z domu, wprzód wywracał kieszenie i nigdy nic nie zrobił przytomnie, ażeby ludzie mogli powiedzieć: »Co to za genjusz! jak on cały żyje w sobie! jak mało ceni powierzchowność!«
Drugim po panu Perełce był pan Płaksa, także powiatowy poeta, romantyk, wysoki, blady, chudy, lubiący pić, jeść, i wesoło się bawić, a ciągle udający rozpacz, mizantrop z systematu nie z charakteru, całe życie zakochany, z bukietem i Elegją na srogość Chloi lub Kloryndy w kieszeni. W swoim ogrodzie miał grób miłości wystawiony z darniny pod cherlawą jedliną, ołtarz przyjaźni i chatę pustelniczą. D’Arlincourta był wielbicielem najgorliwszym, panią de Genlis uważał za największą z kobiet, Marmontela za genjusza, a z jego stołu nigdy nie schodziły: Alfons Zakonnik Trapistów, Nierozsądne śluby, i tym podobne łzawe i czułe brednie. Pan Płaksa całe życie wzdychał dla ludzi, śmiał się dla siebie,