Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/228

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Tobie, ja się nie dziwię, że się to podoba, — rzekł Gustaw, — kobietom i ludziom miękkim, energiczniejsze talenta, wielkie, a dzikie jak stare dęby, nigdy do smaku nie przypadną. Ich mózgom trzeba lekkiego pokarmu, żeby go strawić mogły. Silniejszy straszne robi wzburzenie w ich drażliwych nerwach. Nawet formy uderzające i niezwyczajne, formy często cyniczne, w które rzecz czasem dla nadania jej cechy, prawdy, ubraną być musi, — odrażają takich czytelników, a osobliwie kobiety. Słyszałaś zapewne jak jednę młodą panię omdlałą prawie nad owym romansem, matka cucić musiała, krzycząc jej nad uchem: — Serce moje, to tylko fikcja to fikcja!
— Nigdy się z sobą zgodzić nie możem! — odezwała się Łucja z westchnieniem.
— Przynajmniej na Shakespeara, — rzekł Gustaw siadając przy niej i ściskając ją z uśmiechem.
— Tak — odpowiedziała Łucja, grymasząc i jak pieszczone dziecko robiąc miny. — Wszakże powiadasz, że Julja i Romeo są trochę śmieszni?
— Bo są.
— Chyba dlatego, że się bardzo kochają?
— Nie dlatego, ale że swoję miłość w dziwne ubierają słowa.
— Shakespeare i w tem nie chybił, przerwała żona, najgwałtowniejsza miłość, często,