Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ale jak! — odpowiedziała pani Ostrowska ze zwykłą sobie szybkością. — Wystaw sobie: sto osób, lody, awantury, pióra, brylanty, awantury, tance! I ja tańcowałam, słowem awantury!
— Któż to tak był szczęśliwy, że z panią tańcował? — drwiąc ciągle, zapytał Franciszek. Ospowata i czarna pani Ostrowska odpowiedziała z krzywą miną:
— Wszyscy.
— Musiało braknąć kobiet?
Pani Ostrowska schwyciła się, dała klapsa Franciszkowi, pogroziła mu na nosie i wyjąwszy z woreczka karmelek zatabaczony, rozłamała go na dwoje, a mniejszą jego połowę podając Franciszkowi, rzekła z uśmiechem:
Słodkiem za gorzkie płacę.
— Bo jabym też gorzkiego nie przyjął — odpowiedział Franciszek. — Lecz! ach! zapomniałem — dodał — wszak z rąk Pani wszystko słodkiem? — I śmiał się, kręcił, paplał na wyścigi, z niewygadaną panią Ostrowską, aż póki Marynia nie poprawiła ubrania, loków, sukni i nie oznajmiła, że się chce położyć, bo ją głowa boli. Wyszli, a ona obejrzawszy się tylko, pobiegła sama do ogrodu i jakby przeczuciem trafiła na miejsce, w którem Gustaw smutny, zamyślony, siedział jak przed czterema laty!