Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/43

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ślicznie, Gustawie! zawołała we drzwiach jeszcze, — takież to twoje kochanie?
— To ty! — krzyknął, porywając się chłopiec i klękając przed nią. — Czy i ty wierzysz temu? — I płaczem przerywanemi słowy, opowiedział rzecz całą. Marynia stała nieporuszona.
— O! ten Franciszek! trzpiot przeklęty! — odezwała się pocichu. — Papa go pieści, to temu pewnie nie uwierzy, — ale ja przynajmniej będę spokojna... bo ty mnie tylko kochasz, o mnie tylko myślisz... wszak prawda, Gustawie, wszak prawda? wszak zawsze będziesz mnie kochał i nikogo innego?
— O mój aniele! możnaż wątpić o tem? Ale ja jutro jadę, ty o mnie zapomnisz. — Jadę może na długo, może na zawsze, może gdzie umrę!
— Nie mów mi tego! — z płaczem przerwała, zatulając mu usta Marynia, — ty wrócisz, ja będę czekała na ciebie, ja nikogo kochać nie będę, jabym i teraz poszła z tobą, mój drogi!
— Dokąd? kiedy nie mam domu, ani kąta? — zapytał sierota. I oboje płakali rzewnie, płakali długo, a łzy ich były słodkie, bo się mięszały razem na pałających twarzach.
Potem ścisnęli się i Marynia szepnęła mu:
— Jutro rano... o wschodzie słońca, w ogrodzie!