Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/17

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Na te słowa nadbiegł drugi chłopczyk, machając drewnianą szabelką i ścinając po drodze głowy kwiatkom, które spotykał.
— Wstydź się, Franku — rzekł Gustaw — tyle kwiatków zabijać, gdybyś przynajmniej zrobił z nich wianek, jak Marynia.
— A na cóż mi na drodze rosną? — odpowiedział drugi chłopiec.
— A któż ci kazał tędy biegać?
— Kto mi zabroni? — rzekł dumnie Franek — to moja łąka i moje kwiatki.
— Łąka i kwiatki Boże, nie twoje!
Chłopiec nie słuchał tego i pobiegł dalej.
Gustaw został sam jeden z głową schyloną nad kwiatkiem.
Znacie tę chwilę, kiedy w duszę dziecinną zstąpi z nieba myśl pierwsza, i aureola pojęcia, blada jak promień księżyca, obwinie śpiącą jeszcze głowę? Jest to przebudzenie duszy. Zdaje się, że wszystko wyjaśnia przed oczyma drugiemi, oczyma umysłu — że jakiś głos wewnętrzny mówi do duszy, że długi czarny sen rozbija się jasnem marzeniem. — Takie były uczucia Gustawa na widok kwiatka, który mu pierwszą myśl w duszy zaszczepił. — Spojrzawszy na jego sukienkę, zaczął jak przez mgły się domyślać, że ktoś ją stworzył i uszyć musiał, że ktoś te kwiatki po łące rozsypał, kazał im rosnąć, kwitnąć, więdnąć, i podniósł Gustaw oczy do nieba.