Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/18

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


A na niebie był zachód słońca.
Na łożu różowem, otoczone chmureczkami, umierało ono powoli, bladło, wzrok jego coraz był mniej jasny, krąg coraz mniejszy, aż się skryło zupełnie. Lecz ostatnie jego wejrzenie powiedziało jeszcze Gustawowi toż samo co kwiatek. Wówczas pojął Boga i świat o tyle, o ile je pojąć można w tym wieku, a maleńkie jego serce wstrzęsło się przestrachem i niepojętem uczuciem rozkoszy — uwielbienia, podziwu.
— Czy widzisz ty słońce, Franiu? — zapytał Gustaw.
— Widzę — zachodzi! — odpowiedział chłopiec mustrując siostrę.
— Czy ono ci nic nie mówi?
— Ono? alboż słońce gada? chyba w bajce.
— Czy nic nie myślisz, kiedy patrzysz na ten zachód?
— Myślę, że prędko dadzą kolację, a potem spać pójdziemy.
— A ten kwiatek?
— Wszak wiesz, że kwiaty tylko w bajkach gadają.
— Ale myślałeś co, Franusiu, — spojrzawszy nań; ktoś go musiał stworzyć i kazać kwitnąć jemu i słońcu. Ty nie myślałeś tego?
— Nie! — odpowiedział Franuś, bo ja o Panu Bogu myślę tylko w kaplicy, jeśli nie zimno, i przy pacierzu, jeśli mi się spać nie chce.