Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/97

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tak częsty ludzi, którzy sławie poświęcali wszystko, nędznej sławie Herostrata wyżebranej podłością i zbrodniami? Tak, — myślał Gustaw, historja nie powinnaby być nauką dzieci, lecz rozmyślaniem starych.
Tak samo zawiódł się na literaturze. Literaturę, estetykę znalazł on suchym szkieletem, w którym więcej było klasyfikacji, podziałów, definicji, niż myśli, w którym prosty mechanizm zasiadł miejsce przed duchem rzeczy, a prawidła i reguły zagrodziły drogę talentom, normy i wzory dając na wszystko i mówiąc pracownikom jak przyrodzeniu:
— Nie rodź nic coby już do urodzonego podobnem nie było, coby się nie dało podciągnąć pod klasę, rodzaj, formę. — Musiał się uśmiechnąć z litości i żalu nad tymi pedantami, którzy widzieli tylko średniówki i rymy w poezji; w prozie interpunkcję i ortografję, którzy pisali słowami bez myśli, lub myślami nie z siebie, lecz z pamięci tylko swojej ciągnionemi. Śmiał się z tych pedantów najeżonych łaciną, szafujących Horacjuszem, jak doktorowie rumbarbarum na każdą słabość, piorunujących na energiczniejsze owoce talentu, do których zrozumienia dojść nie mogąc, chcieli, aby się wszyscy aż do ich ciasnego pojęcia zniżali.
Śmiał się z tych ludzi, co bogactwo języka zamykają w szmatach podartej frazeologji, roz-