Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Żebyś widział, jak wyrósł i zmężniał — rzekł pan Werner, to nie tak jak ty blady, chudy — zuch chłopiec, krew z mlekiem, wesół, rumiany!
— Bo szczęśliwszy odemnie — rzekł Gustaw.
— Widocznie się do pieniędzy przymawia — mruczał po cichu pan Werner, niecierpliwie szarpiąc perukę — ale ja nic nie dam! kiedy jejmość zechce, niech ofiaruje ze swoich! nie dam! nie dam!
— A panna Marjanna? — zapytał Gustaw po chwili.
Tu pan Werner zamilkł i zmarszczył się, a pani Werner odpowiedziała:
— Właśnie dziś wyjechała z panią Ostrowską na imieniny; zobaczysz ją jutro! ale co to za odmiana! Wcale nie wieśniaczka! była dwa lata na pensji w Warszawie, jak gra na fortepianie, jak śpiewa, jak umie po francusku!
— I ma już kawalera! — rzekł pan Werner z przyciskiem. Gustaw się zarumienił i czapkę upuścił.
— Czy jednego? — odpowiedziała matka. Byle tylko chciała!
— Czemuż nie chce? — rzekł zapominając się ojciec.
— Czy ja wiem? — szepnęła po cichu matka. Gustaw milczał, lecz widział z tej mał-