Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/292

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


u drzwi przypomniał mu, że umarł ośm dni temu. — Doprawdy? — odpowiedział poeta odchodząc — zdało mi się, że to nie tak dawno się stało! Pani Sabliére, jego przyjaciółka, bardzo trafnie nazywała go un fablier, tak jak zowią drzewa dające owoce: gruszą, jabłonią, śliwą; gdyż w istocie tak jak drzewo, sam o tem nie wiedząc prawie, posłuszny tylko popędowi wrodzonemu, pisał bajki, jak drzewo rodzi owoce. Nie mówię nic o Corneille, który przy francuskim charakterze swoim, miał dobrą mięszaninę Prometeuszowskiego ognia, z którego się robią poeci, — nie mówię nic o Scarronie szaleńcu, którego szaleństwo wcale poetycznem nie było. Jest to człowiek, na którego bez odrazy spojrzeć nie można; jego choroba, żona i wesołość rozciągają w około jąkąś atmosferą szatańską. — Ubóstwo i królowanie, paraliż i dowcip pomięszane stanowią życie Scarrona, jedno z najdziwniejszych, lecz najmniej poetycznych.
Chcąc widzieć Francuza i poetę, spojrzeć trzeba na Verneta zawieszającego się na maszcie dla przypatrzenia zburzomemu morzu, zachwycającego się burzą na niebie i morzu, widzącego tylko wielką rękę Boga i olbrzymią naturę tam, gdzie drudzy widzą strach blady i niebezpieczeństwo samolubne. Co za dusza poety, co za głębokie uczucie swego powołania, co za popęd do naśladowania i tworzenia, który szuka ma-