Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/13

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nie taimy tego przed sobą i znamy to dobrze, że obraz egzystencji poety, egzystencji zagadkowej, tajemniczej, co do indywiduów w tem lub owem coraz odmiennej, nie jest jeszcze w jednym Gustawie całkowicie odmalowany; nie przeczym, że chcąc go uczynić pełniejszym, trzebaby w koło głównej postaci ugrupować kilka jeszcze z tej samej familji, a odmiennych charakterów i fizjognomij; — lecz gdy na nieszczęście autor tego uczynić nie mógł, czy nie chciał w początku, dziś już zapóźno. Może też kto inny dopełniając ten obraz, odmaluje wcale innego poetę, spokojnego, umiarkowanego, poważnego, zimnego, wyrachowanego jak Goethe; będzie to ciekawy pendant; zwłaszcza gdy jest tylu utrzymujących, że poeta XIX. wieku wcale nie tak jak Gustaw powinien wyglądać.
Z różnych punktów zapatrują się ludzie na przedmioty, różnie je też widzą, i jeden drugiemu za złe mieć nie powinien, że nie tak widzi jak on. Śmiesznie jest bardzo, gdy kto wziąwszy się pod boki, na całe gardło wrzeszczy: — Chodź tu i daj mi się przekonać, bo ja tylko widzę rzeczy, jak być powinny widziane.
Powiedzmy to raz sobie, a raz na zawsze: — W literaturze także potrzebna jest nieodbicie tolerancja, co się tyczy sposobu widzenia rzeczy, równie jak co do sposobu pojmowania form i stosowania ich do przedmiotów. Nie taka tolerancja, któraby zabiła krytykę i zobojętniła wszystkich, dozwalając głupcom bredzić, ale rozumna, w pewnych zawarta granicach, taka właśnie, jaką nazwisko tolerancji oznacza. Nic bardziej płytkiego umysłu i jednostronnego rzeczy pojęcia nie objawia, nad jakoweś niepomiarkowane, wyłączne, stronnicze przekonanie o doskonałości nieograniczonej jednej tylko idei, które jej adeptom nie dozwala nawet pod pewnemi względy