Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/59

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Gustaw, krzykiem nagłym obudzony, porwał bezsilną na ręce i odniósł na bok, a nim przyszła do siebie i miała czas go pobłogosławić, uszedł dalej, unikając podziękowań i wdzięczności. Lecz staruszka dążyła za nim prędko, nie spuszczając z niego oka, i korzystając z zastanowienia, porwała za połę.
— Poczekajże, moje dziecię — rzekła cichym głosem — niechże ci choć podziękuję za twoją poczciwość, niech cię pobłogosławię.
Gustaw nachylił głowę, a staruszka przeżegnała go powoli.
— Niech ci Bóg nagrodzi, moje dziecię, bo ja inaczej jak życzeniem nie mogę; a na pamiątkę, naści ten obrazek. I wyjęła z swojej książki nabożnej świętego Antoniego di Padova, na którym były widoczne ślady nabożnych pocałunków, pocałowała go raz jeszcze i oddała Gustawowi.
— To najlepszy mój patron, najskuteczniejszy — odezwała się — módl się do niego, gdy ci źle będzie na świecie; on mnie często ratował!
I biedna staruszka zachwalała swego patrona, chociaż ją zostawił w połatanej sukni, samą jedną, o kiju na starość, bez dziecka, bez przyjaciela.
Tak Gustaw pierwsze w życiu odebrał błogosławieństwo, a choć go nad nim obca ręka