Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/260

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


że w niewinnej myśli zatruła życie Gustawowi, i straciła dobrą sławę, nieodzyskaną.
Na dole spotkał ją Alfred, który jak zwyczajnie, przyjechał z nią ranek przepędzić.
Bon jour? comment ca va t’il? — Łucja zawstydziła się tą poufałością, która się jej raz pierwszy obrażającą wydała, wyrwała mu rękę, którą chciał uścisnąć i milcząc, wbiegła do salonu.
— Cóż to jest? co za zmiana?
— Mała rzecz — odpowiedziała uśmiechając się — zostałam tylko oskarżoną przed mężem z Pańskiej przyczyny, mam w domu niepokój! Sąsiedzi tak byli troskliwi o mnie, że o częstych odwiedzinach Pańskich z przekąsem memu mężowi znać dali. — Alfred wielkie oczy zrobił i zląkł się.
— Któż to?
— Perełka.
Porwał za kapelusz. — Ja mu kości pogruchocę, ja go ubiję!
— Toby jeszcze dopomogło obmowie, proszę się już przynajmniej nie mięszać. — I Łucja chodziła po sali zakłopotana, łamiąc ręce i narzekając. Alfred stał, zagryzając usta i gnąc kapelusz w ręku.
— Czy mogę się widzieć z panem Gustawem?
— Któż broni — odpowieziała zimno.
— Więc idę — rzekł stojąc na miejscu.