Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/190

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Franciszka z fuzją na progu, panią Werner omdlałą, pana Werner bez peruki.
— Cóż się stało? — zawołał zbladłszy, wyskakując na ganek Oleś. Pani Ostrowska wybiegła przeciw niemu z załamanemi rękoma, zatabaczona i straszna; ale tak straszna, że gdyby nie okropność tej sceny, mogłaby podać myśl, że furje piekielne tabakę zażywać musiały.
— Awantura! nieszczęście! — zawołała — Marja znikła z Gustawem!
Oleś osłupiał, spojrzał i uderzył się w czoło.
— Kiedy? dziś?
— Wczoraj wieczór. Dziś dopiero obejrzeliśmy się, że jej niema, ogrodnik widział, jak wyjeżdżali, ale znać nie dał!
— Teraz rozumiem! — rzekł Oleś, jakby z głębokiego snu wychodząc. Poszedł do państwa Werner. Tąż samą przywitali go nowiną, płacz był we wszystkich oczach, oburzenie w sercach.
— Chciał się żenić — wołał pan Werner — czemuż nic nie mówił? trzebaż mnie było, mój dom, moje imię plamić? Wydziedziczam córkę! wyrzekam się jej, przeklinam!
Pani Werner całowała go w ręce ze łzami.
— Nie mów tego — wołała — nie mów, bo przekleństwo rodziców nie na dzieci, ale na nich samych spada.
Franciszek przyrzekł w łeb strzelić Gusta-