Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/265

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


czerpawszy pokarm z książek, których czytać nie mógł, bo wszystko w nich było dla niego powtarzaniem oklepanem; błądził z myślami, nie wiedząc co począć z sobą. Biedny Gustaw! A w koło niego tylu było szczęśliwych!
I ten biedny szlachcic na jednym zagonie, który w ciągłych drobnych kłopotach, zajęty życiem, nigdy nie miał czasu westchnąć i zapłakać, któremu wystarczyły jego Magda, jego dzieci, krupnik i szara kapusta.
I ten półpanek w pochylonym domku, polujący całe życie, któremu każdy zając szczęście z sobą przynosił, któremu każdy kufel robił skutek filozofji, słodkie zapomnienie świata i cierpień! któremu każda Kachna była boginią, każdy organista wyższą istotą, ksiądz proboszcz mędrcem nad mędrcami, kalendarz księgą nad księgami, a dubeltówka le Pagea najwyższem marzeniem, najświętszem życzeniem najidealniejszym ideałem, pieścidłem duszy, serca, gwiazdą jedyną na niebie nadzieji.
I ten pan, co złotym herbem zasadził fronton swego domu, ociągnął dziedziniec słupiastym parkanem, piaskiem wysypał ulice ogrodu, otoczył się zgrają pochlebców niskie ukłony Jaśnie Wielmożnemu panu sypiących, który pysznił się liberją srokatą, srebrem łamiącem stoły, winem z Węgier sprowadzonem, który szczęście