Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/141

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zapłacić, a sercem nie warto! Pojedziesz, o! pojedziesz do nich! I to co najprędzej!
Zadzwoniła zaraz, cała zajęta myślą wyprawienia go do nich, wprzód nim tam wieść zaleci o jego zbogaceniu. Cały dom był w ruchu.
— Jutro zaraz pojedziesz, — wołała staruszka, dając rozkazy. Poczyniono przygotowania do drogi, ona sama wybierała liberję, konie, pojazd, płaciła i przepłacała, ciesząc się tą małą zemstą i przepychem Gustawa, do którego codzień mocniej się przywiązywała. Łatwo się to daje tłumaczyć: kobieta a sama jedna, ujęta jego wdzięcznością, nadskakiwaniem, łagodnym charakterem, rozpływała się we łzach mówiąc o nim, i o nim tylko dnie i noce myślała. Codzień jakiś nowy dar, cacka, strój, dowodziły tej nieustannej pamięci. A gdy przyszło go pomścić, jakże się całem sercem wzięła do tej niewinnej zemsty, jakże go ustroiła i obsypała wszystkiem, co może mieć wartość w oczach ludzi, którzy tylko złoto i bogatych cenią i szanują.
— Będę cię czekać niecierpliwie, powiedziała mu nareszcie na wyjezdnem, — nie baw się długo, choć wiem pewno, że cię teraz zatrzymywać będą. Wracaj prędko, bo stary nie wie dnia i godziny, a zawsze się śmierci spodziewa! Chciałabym, żebyś mi oczy zamknął.
Gustawowi łzy w oczach stanęły, gdy do pojazdu siadał.