Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


leżą, gniewają się, jeśli komu zamało ich ciepłego samolubnego szczęścia. O! biada żonie i dzieciom! życie ich upływa w niewoli umysłu i ciała, a ten człowiek nie pojmuje nawet ofiar czynionych dla siebie, bierze je za obowiązek, cierpień nie rozumie, i śmieje się, siedząc u komina, jeśli te biedne ofiary poskarżą się, że cierpią.
Ja nie jestem jak ci ludzie — mówił do siebie Gustaw — ja siebie uważam sługą moich braci, stworzonym dla nich, więcej niż dla siebie, moje życie, moje serce, wszystkobym im oddał i chciałbym tylko w nagrodę widzieć ich oczy wlepione w to niebo, ich serce przejęte anielską miłością dla wszystkich, ich dłonie połączone w pokoju, wieczną wiosnę nad nimi, wiosnę ziemi, wiosnę serca, wiosnę rozumu, bo zimy straszne są wszystkie, a najstraszniejsza zima serca, zima głowy, która czyni z człowieka szkielet suchy, zbierający w siebie promienie całego świata, żyjący jedną tylko myślą, jednem słowem: Ja! Szacunek, na który się stara zasłużyć, pieniądz, który zbiera, osoby, które pociąga suchą a podłą, bo udaną miłością swoją, wszystko to zmierza do tego: Ja!
Lecz inne są myśli moje i serce moje, mnie ziemia jest tylko przedsieniem nieba, gdy im jest drugiem niebem; ja widzę się tu wędrownikiem, widzę pigmeje w ich olbrzymach, a w ich bojaźni i zabiegach fraszki niedojrzane. Bo oni patrzą na ziemię z ziemi, a ja z nieba, na którem