Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/146

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


za utrzymanie, za koszta wychowania i t. d., jak ci wszyscy, co się nigdy cudzem szczęściem inaczej cieszyć nie umieją, jak wyciągając z niego dla siebie korzyści i widoki!
Franciszek nie sam był jeden: — bracia Marmurki, pan Bonifacy i pan Trepsza towarzyszyli mu. Z trzaskiem otworzyli drzwi salonu, a każdy z nich niósł w ręku zająca.
— Ot to! polowanie! — wykrzyknął wchodząc Franciszek, — charty nasze popisały się należycie, trzy godziny, trzy zające.
— A moja chartka, — rzekł pan Trepsza, — zawsze była na przodzie, i wodziła tylko resztę psów za sobą.
— Co to zające!! — odezwał się pan Bonifacy, — łoś, to zwierzyna. — W roku 1812 — było to w jesieni...
— Ubiłeś łosia! — przerwał mu Franciszek, — wiemy o tem dobrze. — I zaczęli się witać wszyscy. Bracia Marmurki ukłonili się jednakowo i oba razem wszystkim, w takt jak dwie lalki poruszone jedną sprężyną, usiedli obok siebie, jednakowo się trzymając, milcząc, wyprężeni jak struny, uśmiechając się tylko za wspólną zgodą do pani Ostrowskiej, która wzięła na siebie obowiązek zabawienia ich.
Ojciec porwał Franciszka nieznacznie na stronęł
— Czemu się nie witasz z Gustawem, rzek. mu na ucho. — Gustaw tu jest. — Osobliwszym