Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/62

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


z kwiatkami zbierają dzieci myśli o sobie i niebie — te łąki pokrajali, zasiali trawami, i przemienili je w pieniądz; — wydziedziczyli kwiatki z rodzinnego dziedzictwa, a posieli trawy! — Te góry — patrz jak je poszarpały ręce ludzkie, szukając żelaza i złota, śmierci drugim, rozkoszy sobie! Te pokłady ziemi, te kości mamutów śpiące tysiące lat we wnętrznościach matki, wykopali, oczyścili, żeby z nich odgadnąć wiek świata i policzyć po ziarnach piasku lata, które przeżył. Chciwi, rozdarli poetyczne zasłony przeszłości i, nie dość na tem, naznaczyli przyszłości wieki, porachowali je, postawili słup i przepowiedzieli słońcu, że zagaśnie, jak świeca na ich stole. O mędrcy! o szaleńcy! na cóż nas było budzić z pięknych marzeń, żeby zabijać prawdą? czy nie lepiej było spać w kolebce dziecinnej i kołysać się pieśnią pamiątek i nadziei!
Niema was, piękne doliny! — brudne miasta zasiadły na waszem łonie dziewiczem; jak stary rozpustnik dotknięciem swojem, zmiotły z waszego lica ten pyłek niewinności dziewictwa, który was zdobił przed laty. — Rzeki! objęły was mosty i grzbiet nosić musi ich przemyślne zyski, a nagie brzegi wasze zajęły szpichlerze. I was, drzewa, podbił człowiek, porozsadzał pod sznur jak wojsko, uregulował, policzył, zapisał do książki, ponazywał, żeby nigdy nie dziwić się waszym liściom i kwiatu i każdą sukienkę