Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


To niebo czyste, pogodne, iskrzące się gwiazdami — ta szata naszej nieśmiertelności, w którą patrząc, człek idzie przez ziemię — to niebo, naszą nadzieję, zrobili oni atmosferą gazów; gwiazdy świecące, przewodnice życia, na których tyle pamiątek wieszamy, nazwali bryłami kału; słońce zrobili piecem ognistym, piorun iskrą podległą prawom konduktorów. Pokreślili linje, postawiali liczby, ponumerowali światy i niebo jak swoją majętność, rozdzielili je między siebie i rozgospodarowali, dając w niem miejsca próżne zwierzętom, zapłacone bohaterom.
Deszcz, tę rosę, te łzy nieba litującego się nad ziemią, człowiek zrobił brudnym wylewem ziemskich wyziewów. Wodę strumienia przejrzystą i chłodną, rozebrał na pierwiastki, rozłożył, pokrajał.
— I tak wszystko! — Niema miejsca, gdzieby jego rozum nie starł piętna poezji, którą mu dało przyrodzenie, i nie położył swoich prawd suchych na miejscu tak błyszczących urojeń. — I życie, z rozkosznego i przemijającego snu, stało się poważną, smutną wędrówką. Szukali prawdy, — a przy prawdzie znaleźli nagi smutek i czarną przyszłość, której wprzódy nie było. Odkryli wszystko i ziewają, niczemu się nie dziwując. O mój Boże! jakże ci ludzie twój świat popsuli, ten świat wprzódy tak piękny, niewinny i świeży! — Te łąki, po których