Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/298

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


przeszło, — ubogi pracował, zbogacony trwonił i rozrzucał, — nieraz z karczmy posyłał przedawać obrazy, żeby opłacić niemi kilkodniową hulankę.
Nie myślcie jednak, żeby bez natchnienia pracował! Broor brał się do roboty, z niesłychanym zapałem. Słyszano go rozmawiającego głośno z osobami, które jego pędzel stwarzał. Te dzieci jego duszy żyły dla niego, w chwili twórczej rozmawiał z niemi, słyszał ich odpowiedzi i od tęgo świata może tylko był zrozumiany. Tam była tajemnica duszy zapaleńca, entuzjasty, poety, — z reszty śmiał się Broor, jak ona z niego.
Co za rozmaitość, co za ruch w jego jednostajnem życiu: — bitwy, kłótnie, pijatyka, przyjaźnie kielichowe, miłości uliczne, tańce, swawola, maskarady, a wśród tego tła czarnego, jak złote gwiazdy na niebie, te chwile pracy, którym się z przymusu oddawał, lecz w których żył jedynie. Reszta życia była mu snem niezrozumiałym, z którą nie wiedząc co zrobić, rozrzucał ją po karczmach i ulicach, topił w kuflu, śnie i szaleństwach.
Widzicie go idącego na teatr w tej przepysznej sukni, która przed chwilą była brudną? Pomalował ją sobie w kwiaty, upstrzył, zaiskrzył!... Wchodzi... szmer podziwienia suknią jego przyjmuje, wszyscy się dziwią.