Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/40

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ale mojej krzywdy pan mi nie zapłacisz, — odpowiedziała łkając Ludwika. — Ja niewinnie tracę moją sławę! Cóż ludzie powiedzą? gdzie mnie przyjmą?
— Trzeba było mnie słuchać, a głupstwa nie robić, — rzekł stary po cichu.
— Piękne były pańskie rady! — odpowiedziała śmiało Ludwika.
— Niktby o tem nie wiedział i wszystkoby dobrze było, — dodał ciszej jeszcze. — Ale podobał się ten błazen Gustawek. — Jest komu świat gubić!
— Wcale pan fałszywie sądzisz, bo ani on do mnie, ani ja do niego słowa nigdy nie powiedziałam; ja na to przysięgnę, jeśli pan chcesz.
— Na co się to zdało? Chcesz zostać? — dobrze, powiedziałem ci dawniej warunki.
Ludwika spojrzała z pogardą na pana Wernera i porwała swoje zawiniątko, nie mówiąc już ani słowa; — stary pomiarkował odpowiedź, zatrząsł się i wyszedł.
I znowu otworzyły się drzwi; — znowu ktoś wbiegł do pokoju Ludwiki. — Otworzyła oczy, to był narzeczony, Kasperek, — młody chłopiec blondyn, przystojny, rumiany, żwawy, wąsaty, na ręku miał serwetę a talerz pod ręką. Dowiedziawszy się że odprawiają Ludwikę, nadbiegł co tchu z kredensu.
— Cóż to jest? — zawołał, — panna się wybiera?