Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/41

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Widzisz, wypędzają mnie.
— A toż co? za co?
— Za tego przeklętego pana Franciszka, złapał mnie w ogrodzie.
— Aha! — rzekł Kasperek, marszcząc czoło i kiwając głową, — to tak! — i chciał wychodzić.
— Posłuchajże przynajmniej — zawołała Ludwika w rozpaczy, rzucając się przed niego. — Czy i ty już na mnie? — Jak posłyszał chód pański, puścił mnie i uciekł, a ja poszłam w drugą stronę i spotkałam się z Gustawem, — pan nadszedł i znalazł nas.
— O! i Gustaw, to ptaszek! — rzekł Kasper — widziałem ja piękne rzeczy.
— Ale tak mnie Panie Boże skarz i Najświętsza Panna Częstochowska, jeślim co winna!
Kasper poskrobał się w głowę.
— Ja waćpannę bardzo kocham... ale...
— Nie wierzysz mi? — zapytała Ludwika.
— Widzisz waćpanna, to tak, — co oko widzi, to serce wierzy. — A tak... djabli wiedzą; już to z kobietami!... I znowu poskrobał się w głowę. Ludwika zamilkła, zmarszczyła brwi i tupnęła nogą. Kasper chodził po izbie i ruszał ramionami.
— Ślicznie to będzie, jak wezmą na języki.
— Idź precz! — krzyknęła Ludwika.
— To proszę i oddać pierścionek... dodał.