Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/76

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nie rozumieją wstydu i żadnego delikatnego uczucia; gdy ci pokażą muszkuły i żyłki pod jej różowym rumieńcem, w jej ustach gruczołki ślinowe, w jej oku nerw przechodzący do mózgu, pod jej białem czołem kość żółtą, i szkielet pod alabastrową piersią, na sercu, w którem nic niema prócz toczącej się krwi... całe życie potem w jej objęciu, przy jej boku, będziesz ją widział umarłą, będziesz na nią patrzył okiem skalpelów i bistura; ściskając jej ręce, mimowoli rachować będziesz bicia jej pulsu, i prawda, rzeczywistość naga, szkielet nauki, zabije w tobie urojone szczęście. Nie ucz się medycyny, Gustawie, przez litość nad sobą. Ja naprzykład, wytrwałem ten nowicjat, — mówił dalej Adam, — jeszcze nie ze wszystkiem zezwierzęcony, a już czuję w sobie, żem się wiele zniżył od mego dziecinnego szlachetnego charakteru. Kiedy głodny, zadłużony, bez grosza, wezwany jestem do chorego, ileż to razy nie przyjdzie mi na myśl przedłużyć jego chorobę dla pieniędzy, tak jak robi połowa tych lekarzy, którzy uchodzą w świecie za najpoczciwszych ludzi. Okropnie jest ciągnąć zysk z nieszczęścia! okropnie jest czekać wezwania, życzyć choroby, zawsze się kręcić wśród łez, niepokoju, strachu! na to trzeba twardej i żelaznej duszy!
Gustaw westchnął.
— Wołałbym być grabarzem, trumniarzem —