Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/48

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


razem: nigdy, niema nic, nic, tylko ciemność wielka bez końca.
O ziemio! na której tyle zostawim pamiątek umierając, o ziemio, piękna matko nasza! — kiedy się żegnamy z przyjaciółmi, mamy nadzieję zobaczyć ich wyżej, w niebie; ale miejsce drogich twoich ulic lipowych, domków maleńkich, rzek i strumieni, twojej wiosny tak młodej zawsze, twego lata, twojej jesieni, wszystkich pamiątek, które życie nasze rozsiało po tobie, nigdy, ach nigdy nie zobaczym! Gdzież będzie słowik, gdzie będą kwiaty, gdzie będą rozkoszne poranki, smutne wieczory, gdzie będą wszystkie niewinne zabawy nasze? — Będzież niebo tak wielkie, tak wesołe, żebyśmy dla niego tych starych przyjaciół zapomnieli? będzież tam Lete zapomnienia przed bramą raju?
O! zapewne, lecz umierając, kiedy jeszcze sami jesteśmy cząstką ziemi, jak smutno wierząc nawet w niebo, porzucić to wszystko!
Żeby nie płakać po ziemi, trzeba ją porzucać w zimie, kiedy smutna, blada, śniegiem osuta, wilgocią przesiąkła, okryta niebem chmurnem, owiana wiatrem zimnym, zaludniona wronami i krukami, zdaje się być umarłą; trzeba ją porzucać, płacząc na niewdzięczność ludzi, na krzywdy swoje, na zranione serce; trzeba ją porzucać umarłą już dla nas, a wówczas nie żal jej będzie.