Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/168

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


daleko spokojniej niż między żywymi, a jednak życiem pełnem energji, którego wypadki coraz się zmieniają, przenoszą z końca w koniec świata, wesołe, smutne, łzawe lub śmieszne, olbrzymie lub drobne, na zawołanie, na rozkaz, czego próżnoby kto żądał od rzeczywistego życia. Lecz mimo tego niepodobna się było zupełnie odosobnić i żyć pustelnikiem, bez powszechnego oburzenia, ludzie bowiem mszczą się obmową na tych, którzy ich towarzystwo odrzucają. Nie umiejąc sami sobie wystarczyć, wymagają od drugich, aby im żyć pomagali, i choćby się przyszło na śmierć z nimi zanudzić, trzeba dla świata dać czasem jałmużnę kilku godzin życia swego, którychby się lepiej w samotności użyło. — Czuł to Gustaw, i nie mogąc się zupełnie odstrychnąć od sąsiadów, nie zaciągał z nimi poufałych stosunków, lecz całkowicie też od nich nie stronił. Tym sposobem zyskał sobie ofiarą części swego czasu szerokie pole do postrzeżeń i obserwacji nad ludźmi, nad którymi często miał ochotę płakać, częściej jeszcze śmiać się.
Mniej śmieszni mu jednak zdawali się prości, prostoduszni wieśniacy, co siedząc na zagonie rodzinnym, o polu tylko, owcach swoich i browarze myśleć umieją, bo ci są na swojem miejscu, pracują, nie marnują życia, nie sięgają wysoko, i jeśli nie rozumieją uczuć wyższych, myśli wyższych, przynajmniej mogą się pochlu-