Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Poeta i świat.djvu/210

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


oburzenia i przeżegnania się ukradkiem, jak gdyby ujrzała szatana.
Gustaw cały w myślach wyszedł z tego wieczora — okropna walka w jego sercu się zaczęła. Dwie kobiety stały w nim naprzeciw siebie: Marja, która mu poświęciła wszystko, a nie dla niego była stworzona, Marja biedna, prosta, która niebo widziała na kościelnem sklepieniu, a miłość w ciepłem łożu małżeńskiem, — Marja, z którą go złączyły nierozerwane węzły wdzięczności, przywiązania, przysięgi, — i Łucja, z skronią uwieńczoną wieńcem poety, Łucja natchniona, której duszy oczy obejmowały światy, wieki, która pojmowała łatwo zapał, piękność, całą muzykę duszy, cały wdzięk natury, piękność pejzażu, choćby w nim nie było ani rozwieszonej bielizny, ani gęsi, kur, ani chlewów, — Łucja, która jak orzeł mogła żyć w tych powyższych strefach, do których nie każdy podleci, w których nie każdy wzleciawszy wyżyje eterycznym pokarmem.
Przy Łucji było szczęście poety, przy Marji obowiązki poczciwego człowieka. — O straszna ofiaro! — Jedno z tych dwojga trzeba było dla drugiego poświęcić — cnotę lub szczęście. — Gustaw myślał noc całą, płakał i rozpaczał, rzucał swój ślubny pierścionek, pełzał za nim, szukał go, całował, przepraszał. Palił go ogień wewnętrzny, niespokojność dręczyła, — lecz nad